22 listopada 2017

2434

Jestem zmęczona.
Jestem tak zmęczona, jak chyba nigdy w życiu nie byłam zmęczona.
Od mojego zmęczenia nie da się odpocząć i to jest właściwie najsmutniejsze.

Ten rok źle się dla nas zaczął i choć próbowaliśmy go trochę polepszyć ślubem, który sam w sobie był bardzo fajnym wydarzeniem, szczególnie gdy uwzględnić imprezę po, to jednak życie mnie dopadło, bo od niego nie ma ucieczki. Do wyjazdu Zuzi, który rozumiem i z którym się godzę, choć smutno mi bez niej i tęsknię, dołączyła choroba mamy i kłopoty w pracy. Przeżywam obecnie absolutną kumulację, która mnie wykańcza psychicznie. I fizycznie też, bo uporczywy stres generuje różne dolegliwości, więc kiedy przestały mnie po kilku miesiącach boleć plecy, to zaczęły stopy. Czuję się jak zniewolona Japonka, boli mnie każda kostunia, a o tę w stopie - jak wiadomo - nietrudno. Próbowałam się nawalić dla odstresowania, ale już nie działa.

Udręcza mnie również do granic permanentny brak snu. Zapomniałam już zupełnie, jak to jest przespać noc. A ponieważ nie przesypiam, jestem cały czas zmęczona. Z przemęczenia mam kłopoty z zasypianiem. I kółko się zamyka. Chciałabym wziąć urlop, ale nie ma urlopu od życia.

Chciałabym też, żeby nie wisiał na mnie cały mój świat. Żeby mniej czasu spędzać na korytarzach różnych zdrowotnych przybytków, które tak naprawdę nie są przybytkami zdrowotnymi, tylko chorobowymi. Żeby usiąść na podłodze, rozpłakać się i nie móc. Żeby nie musieć w kółko powtarzać: "Tato, mama nie umrze", "Mamo, nie umrzesz", "Wszystko będzie dobrze", "Damy sobie radę", "Daj, ja to zrobię". Nie noś, nie chodź, nie szarp się z tym, nie właź tam, nie ruszaj. Żeby nie znać rozmieszczenia sklepów medycznych, nie wiedzieć czym się różni proteza, jak znaleźć onkologa, pielęgniarkę, rehabilitanta, załatwić sanatorium, wniosek na dofinansowanie, rachunek na leki. Żeby się, kurwa, obudzić, popatrzeć w sufit i powiedzieć: "Ale miałam chujowy sen".

I co?
I jajco, że tak podsumuję zwięźle i mało dosadnie. I jajco.

PS Pacjent onkologiczny jest pozostawiony samemu sobie. Zupełnie. Więc jeśli komuś z Was przydarzy się kiedyś takie nieszczęście, to pamiętajcie, że jestem, można ze mną pogadać, prawdopodobnie byłam tam, gdzie się znajdujecie i już wiem, którędy na Rzeszów. Nie warto kopać się z koniem w pojedynkę. Tylko nie teraz, bo zwariuję.

17 listopada 2017

2433

Całe szczęście, że na fejsbuku wyskakują wspominki. Dzięki nim odkryłam, że mamy dzis urodziny i poleciałam szybko sprawdzić, od czegóż to się zaczęło.
Od Karolka.

17 listopada 2006 roku napisałam pierwszy post na blogu i brzmiał on następująco:

Donoszę uprzejmie, że objawienia w naszej podstawowej komórce społecznej mają charakter nagły, niespodziewany i spadają na nas w chwilach stabilizacji. Jak można przypuszczać w okresach tych następuje względne odprężenie, utrata czujności i niczym nieuzasadnione zadowolenie, a cechy te bezsprzecznie sprzyjają występowaniu objawień.
Dla niezachowania chronologii pierwsze wystąpi objawienie ostatnie: Karolek.
Karolek jest wynikiem posiadania stałego łącza internetowego. Objawił się w związku z korzystaniem z najpopularniejszego w naszej ojczyźnie serwisu aukcyjnego. Zaistniał w wyniku proponowania przez ów serwis tzw. opcji „Kup teraz” i pozornie wydawać by się mógł aukcją życia, albowiem nie zapłaciliśmy za niego ani grosza, a w dodatku w promocji do Karolka otrzymaliśmy kosz wiklinowy z drzwiczkami uniemożliwiającymi występ. W przeciwieństwie do dostępu. Chociaż w pewnym sensie uniemożliwiały też one (owe drzwiczki) dostęp do Karolka, a co za tym idzie – dawały szansę zachowania wszystkich 10 palców u rąk. Lub oka. Lub innych cennych części osobowości cielesnej. A wszystko to dlatego, że Karolek zapałał do nas pozytywnym uczuciem dopiero jakieś dwa dni później, co mogło zaowocować poważnymi stratami w ludziach i sprzęcie. Nie, żebyśmy Karolka więzili przez dwie doby w rzeczonym koszyczku, aż skruszał… Nic z tych rzeczy. Zresztą… kto by go tam wcisnął, kiedy już został uwolniony? Zaprawdę – najodważniejszy by się nie odważył po obejrzeniu będących na stanie Karolka lancetów, potocznie nazywanych pazurami. A warto tu nadmienić, że Karolek posiada w końcu również bliżej nieokreśloną liczbę „mnóstwo” zębów, dobitny dowód istnienia których obnosimy jak ordery do dnia dzisiejszego, licytując się przy każdej okazji, kto ma ordery liczniejsze i które miejsca „zawieszania” są najoryginalniejsze.
Wbrew snutym przeze mnie rozważaniom Karolek ma niezwykle przekonujący wygląd.


Blogowanie jest jedną z poważniejszych stałych w moim życiu. Bardzom ciekawa, czy jest tu jeszcze ktoś, kto czyta od samego początku. Jeśli tak, to WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, CZYTELNICZKO (lub czytelniku).

A poza tym: brawo ja. 11 lat.
Szok. Po prostu szok.

12 listopada 2017

2432

Mamy tutaj taką zabawę, nazywa się "podkręcanie psychopaty". Tzn. Prezes zawsze wznosi oczy ku niebu i mówi: "Znowu podkręcasz psychopatę?".
Psychopata wygląda tak:


No więc bierze się jednego psychopatę i zamiziuje. Obraca się psychopatę na kanapie w różne strony, klepie się go po pupie, sprawdza, czy nogi zimne, wałkuje i łaskocze po brzuchu. Psychopata się broni, wierzga i warczy. Kiedy dźwięki osiągają specyficzne staccato, należy znienacka pomiziać psychopatę w uchu. A gdyby się tego spodziewał, to w pachwinie.
Psychopata jest absolutnym mistrzem debaty, Lesiek przy nim po prostu wymięka. Jęczy. Rzęzi. Warczy. Charczy. Kaszle. Kicha i pluje. Pomiziany znienacka w pachwinie zastyga i przestaje oddychać. Uwaga dla podkręcających: nie przesadzać, bo się udusi.

Bawię się tak codziennie i nigdy nie mam dosyć. Polecam.

11 listopada 2017

2431

Zgrzały mi się zwoje.

Czasem zapisuję się do różnych grup na Facebooku. Sprawdzam, czy to wnosi coś do mojego życia - jeśli nie, rezygnuję. Zapisywałam się też do lokalnych grup związanych z informowaniem o utrudnieniach na drogach, bo wiadomość o korku pomaga go ominąć, a korek działa mi na nerwy. Wolę przejechać kilka kilometrów więcej, byle jechać. Dość szybko ogarniam topografię terenu, mam skłonność do eksperymentowania, szukam alternatyw. Ale tego typu grupy to również nieustanne informacje o kontrolach trzeźwości i prędkości.

Moim zdaniem tych kontroli jest o wiele za mało. Dane dotyczące wypadków śmiertelnych są przerażające. Ludzie są bezmyślni, nie mają narządu odpowiedzialnego za refleksję. Nie, nie chciałabym nikomu wmawiać, że od przeszło ćwierci wieku nigdy nie "depnęłam" na ograniczeniu - one rzeczywiście bywają irracjonalne. Ale staram się. Wiem, jak wygląda człowiek po wypadku drogowym. Wiem, jak wygląda człowiek, którego uratowano z płonącego samochodu. Wiem, jaki jest komfort życia po czymś takim.

Nie ma też we mnie tolerancji dla osób prowadzących po alkoholu. Jestem Hitlerem nacisku ustawodawczego w kwestii ustanowienia przepisów, które karałyby sprawców wypadków po pijaku za umyślne spowodowanie śmierci. I nie ma tu znaczenia, jaka ilość alkoholu została spożyta. Dla każdego, kto ma odrobinę mózgu jest jasne, że nawet to dopuszczalne piwo upośledza naszą koncentrację. Granica powinna zostać przesunięta do ZERA i kara za jej przekroczenie powinna być konsekwentnie egzekwowane BEZ LITOŚCI. Zapierdalaj na piechotę, jeśli nie masz wyobraźni.

Piszę o tym dlatego, że właśnie wypieprzyłam z prędkością nadświetlną z jednej z grup, w której o kontrolach trzeźwości i prędkości nagminnie informowano. Zbyt długo to tolerowałam i czuję się z tego powodu źle. Zasadniczo chciałam odejść bez komentarza, ale pomyślałam, że może przez chwilę, nim młodziutka adminka skasuje mój post, ktoś go jednak przeczyta i się zastanowi. Nawet jeśli będzie to jedna osoba - i tak było warto.

Odeszłam więc, pozostawiwszy taką wiadomość:
W zasadzie chciałam opuścić grupę bez komentarza, ale pomyślałam, że może ktoś przeczyta tę niewygodną wiadomość przed jej pospiesznym usunięciem i chwilę się zastanowi.
Prowadzę przypuszczalnie dłużej niż Ty, Aniu - sądząc po zdjęciu (jeśli nie, to winszuję umiejętności fotografowania) - żyjesz. Po pierwszym milionie przejechanych kilometrów przestałam liczyć. Poprosiłam o przyjęcie do grupy z nadzieją na informacje O PRZESZKODACH NA DRODZE. Nie interesują mnie posty o kontrolach, bo mnie nie dotyczą - myślę za kierownicą nie tylko o sobie i o tym, jaką to jestem królową szos. A jeśli nie pomyślę, to moja wina i nie ma tu pola do erystyki.
Od początku uważam, że informacje o kontrolach są NIEETYCZNE. Kto nie podziela mojego zdania, ten ma po prostu nieczyste sumienie. I zapraszam go na fp Polskie Drogi. Do tej pory to tolerowałam, choć z trudem. Więcej też czytałam niż pisałam, ale posty często się powtarzają, więc nigdy nie uznawałam tego za problem, wiedząc, że w grupach zwykle jest mniej aktywistów niż czytających. Dziś dowiedziałam się, że jestem pasożytem.
Pracuję w szpitalu. Obyś NIGDY nie zobaczyła tego, co ja widuję na co dzień. Jeśli raz zobaczysz, to pędzikiem zmienisz regulamin grupy. Zaręczam.

Kontroli trzeźwości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Kontroli prędkości powinno być 1000 razy więcej i szkoda, że nigdy nie będzie.

Nigdy nie jeździłam wolno, ale wiem, że nie ma takiej pilnej sprawy, dla której warto by poświęcić życie swoje lub innych. Nie ma takiej rzeczy, po którą trzeba by było jechać po wypiciu kropli alkoholu. To istnieje tylko w Waszych głowach i jeśli uważacie inaczej, to leki są już niezbędne.

Następnym razem, gdy ostrzeżecie jakiegoś mordercę, pamiętajcie, że naprzeciwko niego możecie się znaleźć Wy. I Wasi najbliżsi. Pamiętaj o tym, Aniu. Oby ktoś zaczął karać pijaków za kierownicą z paragrafu umyślnego spowodowania śmierci. Zastanówcie się, czy lans jest warty przykładania do tego ręki.

Oraz żegnam ozięble z domieszką ironii. Dawno już przestało mnie jarać popisywanie się przed innymi dziećmi w piaskownicy.

Wam też polecam. Nie bójcie się śmieszności. Macie rację.

9 listopada 2017

2430

O 7:05 9 listopada 23 lata temu trafiłam oczko (dowód: zdjęcie pierwsze). Od tej chwili nieustannie utwierdzam się w przekonaniu, że całkowicie nieprzypadkowo moja śliczna córeczka otrzymała w szpitalu taki właśnie numerek.

Napisałam do niej dziś o 7:05, że wtedy, w zimnym listopadzie 1994 roku, płakałam ze szczęścia, zachwytu i trochę z żalu, że już nigdy nie będziemy tak blisko. I dziś płakałam - z tego samego powodu. Niektóre rzeczy na niebie i ziemi są całkowicie niezmienne.

Na zdjęciu numer dwa widnieje ta sama osoba, studentka college'u, która już odkryła, że warto się uczyć. A więc - zdobywszy wykształcenie w kraju - robi to w obcym języku, na ochotnika i za swoje, ciężką pracą zarobione pieniądze (od mamusi nie chce).

Kocham ją jak nikogo na świecie i jestem z niej nieznośnie wprost dumna. Oto największe moje osiągnięcie i największe szczęście.

Wszystkiego najlepszego, kwiatuszku.


6 listopada 2017

2429

No to mamy szczęśliwy finał - udało mi sie pozyskać numer konta bankowego, na które można zawsze (nie tylko w ramach mojej skromnej akcji) przelewać środki dla naszych dużych dzieci. Ba! Mało tego! Na to konto można również przekazać swój 1% podatku, o czym pozwolę sobie przypomnieć Wam w okresie rozliczeniowym. Jak zapewne podejrzewacie, ośrodek jest Organizacją Pożytku Publicznego, w związku z czym - hulaj dusza, piekła nie ma.

W kuluarach toczy się nadal współpraca (nasza z ośrodkiem). Zakończyłam dziś zbieranie pieniędzy i popołudniu przeleję je dzieciakom. Uznałyśmy bowiem z panią kierownik Jolą, że ona sama najlepiej zagospodaruje to, czego nie zdążyłam wydać. A mówimy o kwocie niebagatelnej, bo ponad 4000 złotych! Oprócz tego wciąż jeszcze zbieram nagrody rzeczowe. Część mam w domu, część już do mnie gna i w końcu część się zapowiedziała. Gdy już zbiorę wszystko, kopnę się do Chorzowa, by przekazać dobro we właściwe ręce. Pomagam też ośrodkowi, odkrywając przed nim tajniki zakupów w rodzimym serwisie aukcyjnym, gdyż albowiem proponuje on ceny godne i wygodne, a przy tym niewygórowane.

Dokonałam również wywiadu środowiskowego z panią kierownik na temat jej możliwości pozyskiwania środków finansowych od sponsorów. Z radościa przyjęła mój pomysł, aby skontaktować ją z człowiekiem, którego zdolności do tych śmiałych czynów zawsze obserwowałam niemal bez tchu. Nie mam pojęcia, jak on to robi, kogo głaszcze, a kogo bije, ale ma power i potrafi zapewnić warunki dzieciakom, którymi się opiekuje. Zamierzam mu się przypomnieć oraz poprosić, żeby nauczył tej nieustępliwej skuteczności naszą panią Jolę. Ufam, że nie odmówi, bo fajny z niego gość. Kolorytu sytuacji dodaje fakt, że mają do siebie jakieś 500 m. A zatem mogą spotykać się bezkosztowo.

Korzystając z okazji zanoszę serdeczne i ciepłe podziękowania:
- Izie Ryngert z Wołomina,
- Iwonce Guni z Gdyni,
- Eli Ludwiczak-Owczarek z Pecnej
i Ani Zygmontczuk z Poznania.
Pięknieście się sprawiły, dziewczyny! Wasza forsa niebawem pogalopuje do ośrodka.

A teraz konkrety.

Darowizny przekazujemy na numer rachunku: 25 1050 1243 1000 0023 3494 4515.
Polskie Stowarzyszenie na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną
Koło w Chorzowie 
ul. Czysta 7 
41-500 Chorzów
KRS 0000340997
KONIECZNIE z dopiskiem: "na  potrzeby OW-DDP"  (Ośrodek Wsparcia - Dzienny Dom Pobytu).
Dopisek jest ważny, ponieważ pod tym kołem PSONI "wiszą" trzy instytucje, a naszym dzieciakom najtrudniej pozyskać pieniądze.

Pani kierownik Jola uruchomiła także zbiórkę na SiePomaga (klik). Dziś ośrodek został już zweryfikowany, akcja jest widoczna i można ją zasilać.

PAMIĘTAJCIE!!!
Nie istnieje coś takiego, jak za mała kwota. Jeśli w Waszych możliwościach leży przelanie dzieciakom 5 czy 10 zł - zróbcie to. Nikt nie zamierza oceniać niczyjej zasobności portfela - cieszymy się wszyscy z każdego otwartego serca.  A poza tym... ziarnko do ziarnka, a będzie kokosza. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: za dychę szarpiemy paczkę gumnianych zabezpieczeń na ręce i kto nam zabroni.
Ahoj, przygodo!

30 października 2017

2428

Kochani!

Chciałabym, żebyśmy sobie coś wyjaśnili raz na zawsze. Pozwólcie, że wyłuszczę kilka moich prawd życiowych, co będzie przydługie i nieco nudnawe, ale konieczne dla mojego w miarę dobrego samopoczucia. Mianowicie wyjaśnijmy sobie, DLACZEGO JA TO ROBIĘ.

Otóż.
Czy ja mam w rodzinie dzieci z SMA? Nie, nie mam. Czy mam w rodzinie dorosłe osoby niepełnosprawne? Nie, nie mam. No, chyba że bierzecie pod uwagę bycie kompletnie od czapy, to tak. Mam tylko takich. Matkę, ojca, dziecko, męża (wciąż oswajam się z faktem, że mam w ogóle męża), ukochanych braci stryjecznych, ciotków, wujów, stryjów, czyli wszystkich. Absolutnie wszyscy w mojej rodzinie są kopnięci, wychowałam się w tym klimacie i dobrze mi z tym. Mam też samych zdrowo pogrzanych przyjaciół, po prostu nurzam się w tej specyficznej puli genowej. No, dobra. Matka jest ślepa, a przynajmniej na wpół ślepa, ale z wrodzoną sobie pogodą ducha i energią znakomicie ogarnia rzeczywistość. Ja też ogarniam, chociaż otrzymałam od mamusi w darze kilka obiecujących genów, jak wizję utraty wzroku czy raka. Matka ma gest, przecież nie będziecie jej zabraniać.

Czy ja mam, mianowicie, w rodzinie kogoś z uporczywą bezdomnością? Ha! Zaskoczę Was! Nie mam! Wszyscy z genem bezdomności zostali przeze mnie uleczeni (a jest to przynajmniej sztuk sześć - mówimy o żyjących). Tak głęboko uleczeni są oni, że wykorzystują każdą nadarzającą się okazję, by zwiać z chałupy. Być może tajemnicą sukcesu jest fakt ich absolutnej pewności, że tutaj mamy dom, który zawsze czeka i do którego zawsze ma sens wracać*.

Ale ja nie o tym. Bo, widzicie... ja jestem głęboko przekonana, że otrzymałam od życia niesamowicie wiele. Mam cudowną, kochaną (powaloną, ale kochaną) rodzinę. Mam stado cudownie wyjątkowych, żarłocznych i śmierdzących czworonogów. Dziecko mam. Podkreślę nieskromnie: absolutnie i bezdyskusyjnie udane - mądre, dobre, zaradne, z idealnie ustawionym moralnie kręgosłupem, z sercem po właściwej stronie, a przy tym piękne, jak rzadko. Posiadam również męża, co zasługuje na szczególne podkreślenie, bo rzucił się do ożenku nie wtedy, kiedy byłam piękna i młoda, tylko po siedemnastu wspólnych latach, gdy wiek ze skroni włos już starł**, dupa urosła, a do drzwi zapukała menopauza.

Mam w końcu śliczny, nieprzesadnie wychuchany dom z kłębami kłaków na podłodze, błotem naniesionym przez psy i kupą na środku łazienki - porzuconą beztrosko. Mam wielki ogród, w którym spędzam tyle czasu, na ile aura pozwoli i nawet robić w nim nie muszę, bo mąż lubi. I jeszcze pragnę wyjaśnić, że to nieprawda, jakobym nic w ogrodzie nie robiła! Robię. Siedzę, wino piję i się napawam. Znajomych ściągam umiejętnie, bo lubię mieć z kim wypić i dla kogo ugotować. Oraz śmiać się do łez, snuć opowieści, płakać i smarkać ze smutku nad dolą w kocyki, które PIORĘ (pozdrawiam Martusiu i Adasiu).

Mam w końcu książki. Oraz niemożliwą do przecenienia umiejętność czytania ze zrozumieniem. Dobry, stary Pan Bóg podarował mi do tego zacnego kompletu wyobraźnię i oszczędził umiejętności nudzenia się. Jedno z drugim jest w sumie sprzężone.
I Netfliksa. To też jest niezłe. (Audycja zawiera lokowanie produktu).

Po co ja to wszystko piszę? Chciałabym, żebyście zrozumieli, że jestem WDZIĘCZNA. Nie sądzę, abym zasłużyła na to wszystko, co dostałam. A jest piękne. Dostałam to ot tak, po prostu. Bez żadnej zasługi. Wzięłam, przyszłam, dostałam. Nawet z tym zasranym rakiem matki, który spędza mi sen z powiek. Traktuję to jako kontrapunkt, żebym się nie zadławiła.
Więc jestem wdzięczna.
Każdego dnia budzę się z bólem pleców i uczuciem, że oto wstał nowy dzień, a ja mogę iść do pracy, życzyć z serca wszystkiego, co najlepsze moim bliskim, zrobić coś sensownego ze swoim życiem.

Więc, błagam, niech mi nikt nie dziękuje. To JA dziękuję. Każdego dnia o świcie, w południe i wieczorem dziękuję, że spotkało mnie coś tak wyjątkowego. Nawet jeśli coś w danej chwili wydawało mi się słabe, to dawało naukę na przyszłość, pozwalało wyciągnąć wnioski, zmieniać się, stawać się lepszą.
I za Was też dziękuję, bo Wasze ciepłe, dobre, mądre komentarze zmieniają moje życie, choć może wcale tego nie zauważacie.

Dziękuję z całego serca:
- Magdzie Tokarskiej-Kusyk, której dar dla ośrodka dziennego pobytu dużych dzieciaków zwyczajnie odebrał mi mowę,
- Karolinie Berendt, raz jeszcze, bo radośnie zakomunikowała mi, że dostała wypłatę i szurnęła ją na moje konto dla dzieciaków.
- Basi Kirstein z Częstochowy,
- Elizie Żaczek z Otwocka,
- Patrycji Pacholskiej-Stolarz, która w życiu na oczy mnie nie widziała, a jest bliska, jak siostra,
- mojej najukochańszej Martusi,
- Anecie Ruszkowskiej, zawsze gotowej dać coś od siebie i w dodatku zrobić kanapkę,
- Jaśkowi Mądrzywołkowi (my to się przynajmniej spotkaliśmy!),
- Dorocie Sawickiej ze Szczecina,
- Ali Kulaszewicz z Gdańska (Ala pięknie szyje),
- Krysi Radziwon z Warszawy.
Jesteście PIĘKNYMI LUDŹMI.
Dziękuję.

Rozumiecie już, dlaczego proszę, żeby mi nie dziękować? Bo nie ma za co. Przecież ja tylko staram się oddać trochę z tego, co jest mi dane. Bo jestem wdzięczna. Również za Was.
Jestem wdzięczna.


* O, przyszedł mąż i mówi: "Króciutko pisz. Skreślaj, skreślaj, króciutko pisz". Mówi też: "Ja pierdzielę, te psy już śpią! Lesiek, wstawaj! Biegaj, skacz, bo nie będziesz w nocy spał. Jutro Helołin, przebierzemy was za coś". A Wy byście chcieli, żebym była normalna!
** Starsi Panowie, a jakże.

27 października 2017

2427

Ojezusienazareński, zapomniałam sfotografować dla Was drugi bagażnik. No, cóż... będziecie się musieli zadowolić zdjęciami cząstkowymi. W każdym razie dziś wyszły po mnie chłopaki - podopieczni. Z pięciu chyba. I każdy wracał do ośrodka z dużą paką. Była jazda!

Opowiem Wam przy okazji, jak wygląda praca przy takiej zbiórce. Najpierw pojawia się góra paczuszków, które przywożą panowie kurierzy oraz tymy ręcami odbieram z paczkomatów. Panowie kurierzy ustawiają je w zgrabne kopczyki pod wiatą garażową.


Potem ja je przenoszę do domu i ustawiam w jeszcze zgrabniejsze kopczyki, fotografuję, żeby nic mi nie zaginęło (no, pewnie, że zaginęło, ale się odnalazło), otwieram, oglądam każdą rzecz, czy nie jest uszkodzona albo niepełnowartościowa i opisuję zdjęcia paczuszków dla celów porządkowych.

Ta nieopisana paczka wykazała pasję podróżniczą.

Zawartość rozpakowanych paczek układam na stole i odhaczam w excelu, że przyszło i że zgodne.


Prowadzę też, jak widzicie, rozliczenia, żeby czegoś nie ukraść. Tutaj tylko rozliczenie wysyłkowych, bo zakupowe zaokrąglam w dół do pełnej dziesiątki i sprawdzam, ile mam jeszcze pieniędzy.

A oto dobra rozpakowane na naszym dwumetrowym stoliczku do kawy. Brakuje wnętrza paczki-podróżniczki i rękawic jednorazowych.



Jak zapewne podejrzewacie, świecące różnymi kolorami piłeczki cieszyły się dużym powodzeniem. Misie też świecą, ale trzeba każdego trącić, więc gdy trąciłam misie i skończyłam trącać piłki, to mi misie zgasły. A te żółte ludki (i czarne, mniej widoczne - wersja ninja) są bardzo fajne, polecam. Robią różne wygibasy.

Sprawdziwszy asortyment układam wszystko z powrotem w wiatrołapie, żeby było łatwiej zanosić do samochodu. A na koniec wiozę do ośrodka w Chorzowie, gdzie odpieram ataki wdzięcznego personelu oraz zainteresowanych podopiecznych. Finalnie z podopiecznymi machamy sobie na pożegnanie, a z personelem umawiamy się na kolejne spotkanie w terminie nieodgadnionym. I uciekam, bo wszyscy są szalenie wylewni oraz pragną toczyć rozmowy (podopieczni) lub zmuszają mnie do przyjęcia podziękowań pisemnych (personel), przed czym bronię się każdą kończyną, jaka mi jeszcze pozostała na stanie. Wszak nie robimy tego dla podziękowań, zwłaszcza pisemnych, tylko dla frajdy, która z tego mamy, prawda?

I tym wszystkim zajmuje się komitet w składzie: ja. Oraz mąż - jeśli zaczynam płakać, że zaraz padnę trupem, zanosi graty do samochodu.

UWAGA!

Jeśli ktoś jeszcze pragnąłby się dołożyć (co bardzo pochwalam), proszę zgłaszać się do mnie na fejsie lub pisać maile: moje.waterloo/at/gmail.com. Albo kupować każdą ilość rękawiczek jednorazowych rozmiar L na Allegro i wysyłać wprost do ośrodka (ul. Beskidzka 6, 41-500 Chorzów). Kupiliśmy już 2300 sztuk i proszą o więcej. 100 sztuk rękawiczek jestem w stanie kupić za 10 zeta, więc NAPRAWDĘ nie krępujcie się dać mi tej dychy. To nie jest za mało. Ziarnko do ziarnka, z zbierze się kupa forsy. Przy czym jest to kupa bezwonna, albowiem pecunia non kotlet. Ośrodek potrzebuje też kosmetyków (mydełek, żelu pod prysznic), chemii (proszki do prania, płyny do płukania, płyny do mycia podłóg) i pieluchomajtek dla dorosłych (rozmiary różne).
Zbiórka nadal trwa.
Hopsa, hopsa sa.

24 października 2017

2426

Kochani Czytelnicy Bezfejsowi!

Zaniedbałam Was, za co bardzo przepraszam. Chciałabym się jakoś usprawiedliwić, więc przekopiuję na blog trzy ostatnie posty. Żywię głęboka nadzieję, że nie pozostawicie sprawy bez echa.

1.

Dobrzy Ludzie, jest sprawa!

Poniżej znajdziecie artykuł na temat Patrycji i jej mamy - Oli. Patrycja jest osobą dorosłą z niepełnosprawnością. Mama jest jej opiekunką, co - jak wiemy - wyklucza ją z możliwości zarobkowania. W związku z tym żyją z zasiłku.

Jakiś czas temu Patrycja otrzymała możliwość dwugodzinnej zabawy z innymi dorosłymi dziećmi w Dziennym Domu Pobytu (Ośrodek Wsparcia w Chorzowie). Niestety nie zapewniono jej transportu, więc spędzają z mamą 1,5 h w autobusach i mama teraz walczy o transport dla Patrycji w gminie.
Chciałabym pomóc, jeśli Państwo pozwoli. Skontaktowałam się z siostrą Partycji, Julią i dowiedziałam się, że wspomniany ośrodek najbardziej potrzebuje środków czystości (proszki, mydła, papier toaletowy, rękawiczki jednorazowe wszystko jest na wagę złota) oraz zabawek dla dorosłych dzieci, ponieważ dziecięcym zwyczajem wszystko pchają do buzi i zabawki ulegają błyskawicznej anihilacji. I dlatego nie pluszaki.

To przechodzę do sedna.
Państwo wstanie i mi z łaski swojej pomoże pomóc. Możemy to zorganizować na kilka sposobów:
1. kupujecie, pakujecie, wysyłacie do ośrodka,
2. kupujecie, pakujecie, wysyłacie do mnie, a ja wiozę do ośrodka,
3. punkt dla leniuszków: pytacie na priwie o mój numer konta, wysyłacie miliony monet, ja kupuję i zawożę do ośrodka.

Jeśli wybierzecie punkt nr 1 lub 2, pamiętajcie, że małe części zabawek lubią wchodzić do nosów, oków, uchów i brzuchów.
Julia zapewniła mnie, że zabawki mogą być używane. Ja od siebie dorzucę: ale w dobrym stanie, bo inaczej coś się stanie.

Wiem, że damy radę, prawda? Jeśli nie dysponujecie akurat w tym tygodniu milionami monet, to pamiętajcie, że 10 zł też pieniądz i da się za to kupić sporo srajtaśmy. Nie gardzimy dyszką, żebyśmy nie mieli kiedyś zadyszki. A tu jest artykuł, proszę brać, czytać i pomagać. Wierzę w siłę mediów społecznościowych.

To mówiłam ja, Wasze Łoterloo.

A TU artykuł do przeczytania.

2.

Wyobraźcie sobie taką sytuację.

Jadę tym moim kartonem. 
Z kartona się wylewa, bo byłam na zakupach dla domu opieki, a przecież nie mam gdzie pakować, więc - co chyba dla każdego logiczne - kupiłam siedemnaście tysięcy rolek srajtaśmy i ręczników papierowych, płyny do mycia naczyń, gąbki, rękawiczki jednorazowe, worki na śmieciorki i już nie wiem, co jeszcze. Z czego w części zwanej dla niepoznaki bagażnikiem zmieściły się tylko te rękawiczki, w dodatku góra dwie pary. Resztę wraziłam bez kompleksów do środka, czyli było w założeniu wesolutko, gdy człowiek pomyśli, że mogłam gwałtownie zahamować i zginąć pod nawałem papieru toaletowego. Nieużywanego, na szczęście. Nie mówcie, że Wy tak nie robicie, każdy by tak zrobił, to zupełnie oczywiste. Jak fiat karton po brzegi zapakowany dobrem, to lans na dzielni, pewnie ukradli albo co gorsza zarobili. A ja, chytruska, ludziom z gardła wydarłam, szynkę z kanapki zdjęłam, cukier wyekstrahowałam z herbaty i mleko z kawy. Tego we wsi nikt nie umi, HA!

Jadę.
Przejazd kolejowy mi się zamknął przed nosem.
To co będę tak siedziała, jak jakiś ciul (za przeproszeniem), wzięłam telefon, zajrzałam na konto, ile jeszcze kasy mi zostało z tej, co dobrzy ludzie podarowali. Patrzę całkowicie bez przyjemności w debet. Coś mały ten debet. No, heloł. Takie rzeczy mi się zasadniczo nie zdarzają, więc poszłam w szczegóły. Ach, może się jakiś daleki krewny z Hameryki objawił pośmiertnie, ostatnim gestem rzucając we mnie gotówką. Oczywiście wolałabym, żeby rzucił domem na Florydzie, ale lepsze pięć zeta w garści niż palma na dachu.

Wiedziona ciekawością (taka już jestem maluczka) zażądałam informacji. Patrzę. Patrzę. W historii rachunku przelew z tytułem "zrzutka". Nic więcej, zrzutka. A obok kwota. 1000 zł.
Rozumiecie?! Ktoś przeczytał na fejsie, że chcę pomóc dużym dzieciakom i przelał na moje konto 1000 zł!!!

Bardzo chciałam poznać tę osobę, ale nie mogłam, bo w ułamku sekundy zaczęłam beczeć, jak głupia. Tusz mi się rozpłynął, nie mogłam trafić w szczegóły, a tu pociąg przejechał, szlaban się otworzył i musiałam ruszyć. 

Jechałam i beczałam.
Dojechałam do domu i beczałam.
Zaparkowałam w ogrodzie, przyciągnęłam śmietnik, bo fachowcy porzucają go 50 m od domu, wyjęłam list ze skrzynki i beczałam.
Wypuściłam psy i koty i beczałam. Psy były zdziwione. I rozpędzone. Koty nie były rozpędzone i miały wyrąbane.
To poszłam i sprawdziłam w końcu. A potem wydałam TYSIĄC ZŁOTYCH na zabawki. Po raz pierwszy i pewnie ostatni w życiu, bo więcej dzieci ponad to jedno, co wybrało emigrację - jako żywo - posiadać już nie będziemy. No i Prezes musi się ze mną jutro zamienić na samochody. Bo mam jeszcze trochę forsy i nie zawaham się jej użyć. A wleczenie dóbr ulicami za kartonem uważam za przereklamowane.

Z całego wzruszonego serca dziękuję: 
- Alina Krywolewicz - mojej nauczycielce z podstawówki, która po tylu latach utrzymuje ze mną kontakt i jeszcze daje mi pieniądze,
- Maria Jaszczurowska - która ma w domu mnóstwo przytulonych kotów, a ostatnio prowadzi też dom tymczasowy, co jej nie powstrzymuje przed pomaganiem innym,
- Beata Naska - mamie, która sama ma córkę z niepełnosprawnością, a i tak nie waha się pomóc drugiemu człowiekowi,
- Agnieszka Lebiecka-Smith - aktywistce broniącej nie tylko idei, ale przekuwającej słowa w czyny, a hasła w wymierną pomoc,
- Anna Karnas, Ewelina Ostrowska i Małgorzacie Sowie (co to jej za cholerę nie mogę oznaczyć, więc odezwij się w komentarzu) - wiernym fankom rzutów mojej grafomanii, które dały po cichu znać, żeby oczekiwać darów,
- Anna Kędzierska-Adamczyk - Kobiecie, Która Sama Pakuje Paczki.
A także tym wszystkim, którzy nic nie powiedzieli, tylko po prostu zrobili.

A nade wszystko dziękuję Karolina Berendt. Pójdziesz do nieba w dziurawych majtkach i brudnych skarpetach - tam jest specjalne miejsce dla takich, jak Ty. I słowo Ci daję, że do tego miejsca reszta obywateli znosi w ilościach hurtowych wino oraz czekoladki, od których NIGDY się nie tyje.

***

Prezes: Co robisz?
Łoterloo: Kupuję zabawki.
Prezes: Dla kogo?
Łoterloo: Dla dużych-małych dzieci, podopiecznych domu dziennego pobytu.
Prezes (histerycznie): Przestań natychmiast!!!
Łoterloo: Ale czemu?
Prezes: Na pewno znalazłaś ich na fejsbuku!
Łoterloo: I co z tego?
Prezes: A Morgana to niby skąd mamy?!!!

3.

To, Moi Drodzy, pierwszy transport, który pojechał do dużych dzieciaków. Może się Wam nie wydawać imponujący, ale pragnę uzmysłowić, że oto mamy przed sobą bagażnik SUVa, w którym zwykle przewożę czipsy (3 psy), trójkot (3 koty), męża i dorosłe dziecko (jeśli akuracik przybędzie z emigracji), a oni tam siedzą i grają w karty. Lub krowę i pół osła. Drugie pół przebiera kopytkami po asfalcie.
W każdym razie do zabrania gratów potrzebne były trzy osoby :) Trzy bardzo zadowolone osoby! Daliście ludziom szczęście!!!

Umówiliśmy się na następny raz, bo wyszło na jaw, że rękawiczki jednorazowe potrzebne na gwałt i w każdej ilości, więc dokupiłam właśnie 20 paczek na Allegro. I czekamy. Jak również na zabawki.

Ach, bo ja Wam jeszcze nie mówiłam, ile fajnych rzeczy wspólnie kupiliśmy!
No to kupiliśmy:
- kilka stadek ssaków, płazów i motylków ze ślicznej, kolorowej gumy,
- różne kręgle do zajęć zręcznościowych,
- półtora tysiąca pięknych, dużych, kolorowych klocków,
- drewniane klocki z obrazkami do układania, 
- drewniane piramidki w kształcie lodów, do ćwiczeń z nakładaniem na patyczki,
- różne gumowe zwierzątka - takie, jak do kąpieli,
- ringa (czy to się odmienia?) do ćwiczenia rzucania i łapania,
- zestawy farbek do malowania palcami,
- wielkie piłki do ćwiczeń izometrycznych,
- pocieszne gumowe, wyginane ludziki, w ramach odstresowywaczy,
- miękkie kuleczki z buźkami do miętoszenia,
- kauczukowe piłeczki, 
- świecące, gumowe misiaczki, 
- wielkie, miękkie, kolorowe koce z mikrofibry, gdyby ktoś miał akurat chrapkę na terapię otulaniem.
Wreszcie te rękawiczki (na życzenie).
I kasa mi się skończyła. Więc gdyby ktoś jeszcze chciał się dołożyć, to śmiało. Nie krępować się, że nieduża kwota. My się tutaj nie brzydzimy niedużych kwot, schylamy się po dyszkę, a nawet po piątkę, bo muszę Wam zdradzić, iż jestem o wiele za grubą, jak na własne oczekiwania, więc te czterysta przysiadów i podskoków wraz z ciągnięciem za sobą worów po parkingu (było wielu fanów), co to je uczyniłam w Lidlu i Rossmannie, traktuję jako inwestycję w moje - niemożliwe do przecenienia - zdrowie.

Nie wahajcie się poznać mojego numeru rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego, na którym nie ma żadnych oszczędności, za to jest głęboki debet; może bowiem najść Was kiedyś ochota, by przelewać tam uporczywie wielkie kwoty, którym nie będę przeciwna. Ba! Do piersi mej (obfitej) przytulę czule. W życiu nie widzieliście takiej czułości! A pragnę nadmienić, iż posiadam telefon z kamerą, co daje szansę na nakręcenie filmu ze mną w roli głównej, jak toczę się pospiesznie w kierunku banku, by wybuchać entuzjazmem. Polecam się wszelkim sensatom.

Pamiętajcie też, że udostępnianie postów o potrzebie posiąścia prawych środków płatniczych czyni rzecz jeszcze zabawniejszą. W Waszych rękach leży uczynienie mnie celebryłą z blogu niszowego. Enjoy!!!


17 października 2017

2425

Na Facebooku trwa akcja #metoo. Osobom, które nie korzystają, wyjaśniam, o co chodzi. Otóż każda kobieta, która zechce, a czasem i mężczyźni, umieszcza na swoim wallu następujący tekst:
#Jateż
*Jeśli wszystkie kobiety, które były kiedyś napastowane lub/i molestowane seksualnie napisałyby "Ja też" w statusie, być może pokazałybyśmy ludziom, jaką skalę ma to zjawisko.
(więc kopiuj i wklej!)
#MeToo
*If all the women who have been sexually harassed or assaulted wrote "Me too." as a status, we might give people a sense of the magnitude of the problem.
(so copy and paste!)

Niektóre po prostu piszą: ja też. Niektóre opowiadają swoje historie. Czasem ogólnie, czasem ze szczegółami. Wiele z nich pisze, że powiedziało o tym pierwszy raz w życiu, inne - że skarżyły się swoim bliskim, ale je zlekceważono, więc nigdy nie wracały do tematu. Odzywają się też faceci, bo oni też bywają ofiarami przemocy seksualnej. Piszą w końcu tacy mężczyźni, których przeraziła liczba wyznań wśród znanych im kobiet, w wyniku czego poczuli się jak szmaty. Zwykle nie wiedzą, co powiedzieć, ale tak naprawdę nie trzeba mówić niczego szczególnego. Bardzo ich szanuję za tę odwagę.

Na początku nie chciałam w tym wziąć udziału z dwóch powodów:
1. bo to bardzo bolesne i nawet myślami nie chciałam nigdy do tego wracać,
2. bo uważam, że nie ma na świecie kobiety, która nie została dotknięta jakimś przejawem molestowania.
Nie chcę, żeby ktoś mi udowadniał, że go to nie dotyczy. Jeśli jesteś jedną z trzech kobiet, które przeszły przez życie suchą nogą, to super. Mam nadzieję, że tak już pozostanie i z całego serca Ci tego życzę. Pamiętaj, że wzięcie udziału nie jest obowiązkowe. Możesz nawet udawać, że Cię to w ogóle nie obchodzi. Wręcz może Cie to nie obchodzić. Naprawdę. Mnie też niektóre rzeczy nie obchodzą.

Hasztag (użycie krzaczka z jakimś tekstem) na Facebooku powoduje, że można łatwiej dotrzeć do postów publicznych otagowanych w ten sposób. Wpisuje się konkretny hasztag w pasek wyszukiwania i uzyskuje wynik w postaci wszystkich otagowanych tak wypowiedzi w jednym miejscu. Przeczytałam już chyba wszystkie wypowiedzi znajomych kobiet, więc wrzuciłam w wyszukiwarkę i zaczęłam czytać opowieści obcych osób. Wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Mnóstwo kobiet, bardzo młodych, młodych, starszych i mocno starszych pisze o tym, że pierwszy raz było molestowanych seksualnie jako maleńkie dzieci. Że nie rozumiało, co się dzieje, ale czuło, że to jest złe. Że molestowali najczęściej mężczyźni im znani, bliscy, członkowie rodziny, ojcowie, dziadkowie. Płaczę nad tymi tekstami, bo one są tak straszne, że nie potrafię znaleźć żadnych słów. A potem trafiam na otagowany tekst, że feministki wymyśliły sobie nową akcję, bo są brzydkie, grube, wstrętne i nikt ich nie chce. Trafiam na teksty kobiet, które piszą: "Nie byłam nigdy molestowana, czuję się brzydka, hahaha". I chce mi się wymiotować.

Do kogo to mówicie?! Do czteroletnich dziewczynek?! Do tych małych dzieci, które ciagle tkwią skulone w kącie naszych serc, a które doznały krzywdy tak wielkiej, że nigdy się z niej nie podniosły?! Że znalazły tylko jeden sposób, by żyć dalej: wyparły albo udają, że to wszystko się nie wydarzyło?! Do kogo to mówicie?!!!

Poznałam wiele twarzy molestowania seksualnego i poznaję je nadal, nieustannie, bez przerwy. Byłam molestowana jako malutkie dziecko, byłam molestowana przez krewnego - nie, przepraszam, nie przez jednego krewnego, byłam molestowana jako dziewczynka, jako młoda i jako dojrzała kobieta. Dotykano mnie wbrew mojej woli, zmuszano do czynności seksualnych wbrew mojej woli, molestowano mnie werbalnie, obrażano w aspekcie seksualnym, nazywano kurwą, ponieważ - o, ironio! - nie chciałam z panem. Zdarzyło mi się to nie raz, tylko WIELE razy. Doświadczyłam również stealthingu, a tego pojęcia możecie nie znać. To rodzaj przemocy seksualnej, polegający na celowym zdejmowaniu prezerwatywy w trakcie stosunku, tak, aby kobieta nie miała świadomości, że odbywa się on bez zabezpieczenia. Jak powszechne musi być to zjawisko, skoro doczekało się własnej nazwy?
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam.

Nie będzie szczegółów. Wciąż mnie na to nie stać. Boję się, że jeśli kiedyś tama pęknie, wyleje się wszystko i to będzie trwało bardzo długo. Chcę zapomnieć. Ale nie chcę wyjść z tego bez refleksji.

Nie będę stała z boku. Nie będę patrzyła w milczeniu. Nie podaruję sobie reakcji. NIGDY. Możesz nazywać mnie feminazistką - uważam to za komplement. Możesz wyzywać od frustratek, mam swoje dobre życie, a Ciebie mam w dupie. Jeśli dzięki mojej reakcji choć jedno dziecko, jedna dziewczynka, jedna kobieta uniknie traumy, uznam, że było warto.

Jeśli więc sądzisz, że nigdy nie doświadczyłaś żadnego przejawu molestowania, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samej siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.
Jeśli jesteś facetem, który nigdy nikogo nie molestował, możesz przejść mimo. Albo możesz zrobić rachunek sumienia - ot, tak, dla samego siebie. Albo możesz stanąć z nami w jednym rzędzie i po prostu tu być.

Otwierając wiecznie zamknięte usta możemy uratować wiele dzieci. I wiele dorosłych osób.
Może się nie opłaca. Ale warto.